Lata przygotowań psu na budę. Anatomia klęski…
Weszło

Lata przygotowań psu na budę. Anatomia klęski…

Euro 2012 pod względem sportowym zakończyło się całkowitą, druzgocącą klęską. Wiele prezentów od losu dostał Franciszek Smuda, ale niestety żadnego z nich nie potrafił wykorzystać. Odchodzi jako szkoleniowiec doszczętnie przegrany, nawet skompromitowany. Człowiek, który sam nie wiedział, jak chce grać i dlaczego. Ktoś, kto słowu niekonsekwencja nadał nowy wymiar, a słowo niekompetencja mógłby firmować swoim nazwiskiem. Trener, który – nieświadomie, niechcący – robił wszystko, by mistrzostwa zakończyły się kompromitacją i na nasze nieszczęście do tego akurat zdołał doprowadzić.

1. Bilans przygotowań był wymowny

Franciszek Smuda przez całą swoją kadencję nie wygrał chociażby jednego sparingu z drużynami, które zakwalifikowały się na Euro 2012. Nic to, wygra podczas turnieju – mówiono. I kiedy pisaliśmy, że przebieg meczów towarzyskich nie nastraja optymistycznie, kiedy po spotkaniach z Niemcami czy Francją pisaliśmy, że wcale nie jest dobrze, że wręcz przeciwnie, to uważano nas za oszołomów, którzy nie mogą pogodzić się z ewidentnym (podobno) postępem, jakiego ten zespół dokonał. W tych spotkaniach towarzyskich szukaliśmy elementów, które można przenieść na spotkanie o punkty, szukaliśmy powtarzalności, szukaliśmy akcji, które wynikają z czegoś więcej niż improwizacji lub sparingowego niechlujstwa rywali. I nie znajdowaliśmy. Widzieliśmy chaos, z którego – na tle zblazowanych przeciwników – czasami rodziły się gole.

Warto ten fakt uwypuklić – ani jednego zwycięstwa w spotkaniach z drużynami z Euro 2012, tej tendencji nie odwrócił sam turniej. W sparingach Smuda przegrał z Danią, Hiszpanią, Francją i Włochami, a zremisował z Ukrainą, Grecją, Niemcami i Portugalią. Co się działo później, wiadomo – remisy z Grecją i Rosją, porażka z Czechami. Łącznie jedenaście spotkań i ani jednego zwycięstwa. To żałosny bilans.

2. Niczego nie wypracowano w sparingach

Sparingi nie były po to, by osiągać w nich dobre wyniki za wszelką cenę, tylko po to, by wypracować schematy możliwe do powtórzenia w meczach o stawkę. Po to, by stworzyć drużynę, która gra w konkretnym zestawieniu i zgodnie z konkretnymi schematami. Co natomiast z nich wyniknęło? Zupełnie nic. Zupełnie. Podczas Euro 2012 w dwóch meczach Smuda zdecydował się na taktykę, której nie ćwiczył podczas sparingów, porzucając wałkowany przez prawie trzy lata system. Nie brał wcześniej pod uwagę, że turniej może toczyć się różnie, że może potrzebować kilka wariantów gry (np. ofensywnego), że może potrzebować różnych piłkarzy. Do bólu testował wciąż to samo ustawienie, by w kluczowych spotkaniach nakazać zawodnikom grę w obcy dla nich sposób. To raz jeszcze pokazuje, jaką tą kadrą rządził przypadek.

To prawdziwa zagadka – dlaczego po dobrej pierwszej połowie w meczu z Grecją i po dwudziestu trzech złych minutach (aż do kartki Szczęsnego) Smuda raz na zawsze porzucił taktykę, do której miał aż takie przekonanie. Normalna drużyna gra w pewnych fragmentach na pamięć, coś wynika z czegoś, są pewne automatyzmy. O jakich automatyzmach możemy mówić, gdy kadra podczas Euro gra w sposób eksperymentalny? Gdy z Czechami goniony był wynik, „Franz” zaczął wpuszczać rezerwowych. Pytanie – kiedy i jak długo ci rezerwowi grali na tych pozycjach, w takim otoczeniu, by mieli czuć, że robią coś, co robili już wiele razy i w czym czują się pewnie, a nie coś, co jest dla nich zupełnie nowe?

Niestety, trudno nie odnieść wrażenia, że Smuda w meczach towarzyskich grał nie o przyszłość, ale ciągle o swoje dobre imię, o pojedyncze plusiki, które mógłby zapisać na swoim koncie i którymi mógłby się chełpić.

3. Radosny sposób doboru zawodników

Automatyzmy to też personalia. Ł»eby drużyna była zgrana, muszą grać w niej ludzie, którzy się wzajemnie znają. Na Euro 2012 nagle – po półtorarocznej nieobecności – do składu wskoczył Sebastian Boenisch i w przekroju całego turnieju był najgorszym, oprócz Ludovica Obraniaka, zawodnikiem (co nie znaczy, że najbardziej zawiódł – jego słaba gra była łatwa do przewidzenia, w przeciwieństwie do słabej postawy Szczęsnego czy Piszczka). Mógł Smuda oddać lewe skrzydło dwójce Wawrzyniak – Rybus, która może nie jest idealna, ale jednak świetnie zna się z Legii i potrafi grać ze sobą na pamięć.

W ogóle cała obrona powstawała dość radośnie. Kiedy przed meczem z Czechami na problemy zdrowotne narzekał Damien Perquis, szykowano do gry Grzegorza Wojtkowiaka. Smuda byłby prawdopodobnie jedynym trenerem w dziejach, który w trzecim meczu turnieju w obronie wystawia… trzech prawych obrońców (Piszczek, Wasilewski, Wojtkowiak).

Pamiętamy wszyscy, jak tworzono tę formację. Pozycja Piszczka nie podlegała dyskusji, ale najpierw Smuda konsekwentnie stawiał na Ł»ewłakowa, by nagle wyrzucić go z błahego powodu. Później uznał, że oprze grę defensywy na Arkadiuszu Głowackim, ale nawet nie wziął go na turniej, tłumacząc, że ten zawodnik podatny jest na kontuzje. Gdzieś po drodze, zupełnie przez przypadek, wskoczył do kadry Wasilewski i to wskoczył jako prawy obrońca, a po chwili skończył jako środkowy. Już w czasie Euro wybrańcy Franka zmuszeni byli do grania wspólnie z Przemysławem Tytoniem, którego – w sensie sportowym – znali tak naprawdę tylko z widzenia.

A ofensywa… Trudno mówić o jakichkolwiek automatyzmach, jeśli przez całe Euro zespół w ataku bazował tylko i wyłącznie na próbach wykorzystywania błędów przeciwników i ewentualnie na indywidualnych akcjach. To znamienne. Ta drużyna przez cały turniej nie skonstruowała ani jednej pełnej akcji, polegającej na wyprowadzeniu piłki od tyłu, wprowadzeniu jej w strefę obronną przeciwnika, skończeniu strzałem. To zawsze był przechwyt, dwa szybkie zagrania i strzał. Kiedy brakowało przechwytów – czyli kiedy przeciwnik zaczynał grać dokładniej i spokojniej – ekipa Smudy nie funkcjonowała w ofensywie. Obraniak nie zagrał ani jednego prostopadłego podania, nie zrobił tego też Murawski ani nikt inny. W meczu z Czechami Lewandowski w ogóle dostał od Obraniaka zaledwie o jedno podanie więcej niż od… Przemysława Tytonia.

To jest też moment, by poruszyć kwestię słabego Łukasza Piszczka. Z czego wynikało to, że on nie brał na siebie gry, tak jak w Borussii? Z tego mianowicie, że Borussia gra zupełnie inną piłkę, tam drużyna wprowadza bocznego obrońcę do gry, buduje akcję w taki sposób, że każdy zawodnik wie, co ma robić. Tam wejście obrońcy nie wynika z jego fanaberii (a, włączę się!), tylko jest to skrupulatnie wyszywana koronka. Piszczek tutaj czuł się zagubiony, mógł biegać bez ładu i składu, tak jak wszyscy, ale nauczony jest zupełnie czego innego.


4. Ani jednego wypromowanego zawodnika

Kiedy mówimy o personaliach, zastanowić się trzeba, kogo Smuda dla tej drużyny „stworzył”? Czy miał piłkarza, którego sobie lepił, lepił, aż doprowadził go do oczekiwanego poziomu? Zaufał bezsprzecznie, bez względu na formę, farbowanym lisom, a poza nimi? Przez długi czas ciągnął za uszy Macieja Rybusa, ale na sam koniec i tak go utopił. Poza tym piłkarze wskakiwali do jego kadry, ponieważ musieli – albo napraszali się formą sportową, albo wciskali ich dziennikarze. Nie było nikogo, kogo „Franz” holowałby przez dwa lata i o kim teraz moglibyśmy powiedzieć: oho, miał rację! Mógłby być kimś takim Matuszczyk, ale z oczywistych powodów być nie może.

Eksperyment z farbowanymi lisami się nie powiódł. W miarę dobrze na mistrzostwach wypadli Perquis i Polanski, bardzo źle Boenisch i Obraniak. Wszyscy czterej dostawali miejsce w podstawowej jedenastce za darmo, nie byli zmuszeni do jakiejkolwiek rywalizacji. To nie było fair wobec pozostałych zawodników. A drużyna, która nie funkcjonuje na zdrowych zasadach, drużyna, w której nie musisz być lepszy, żeby grać, jest toksyczna i naraża się na klęskę.

Po raz pierwszy wystawiona została reprezentacja, która nie potrafi porozumieć się w jednym języku. To chore. Są osoby, które twierdzą, że lisy coś tej drużynie dały, że podniosły poziom. Ja twierdzę, że chyba nie do końca podniosły, bo ostatnie miejsce w grupie można było zaliczyć z dowolnymi zawodnikami. Koncepcja brania byle kogo, byle z zagranicy poległa pod każdym względem – nie obroniła się sportowo, demotywowała też zawodników, którzy dostrzegali, że są w tej drużynie równi i równiejsi.


5. Miałeś chamie złoty róg

A przecież wszystko zostało podane na złotej tacy. Ta drużyna za darmo dostała prawo udziału w finałach mistrzostw Europy, dostała za darmo miejsce w pierwszym koszyku (to już się nie powtórzy), później uśmiechnął się do niej los w sposób niespotykany i przydzielił przeciwników tak słabych, że o awansie do ćwierćfinału można było myśleć nie w kategoriach sukcesu, ale zwykłego obowiązku. Gdybyśmy trafili tak jak Ukraina to sprawa byłaby jasna – zero punktów. Ale tutaj… U siebie z Grecją, Czechami i Rosją? Nie wygrać nawet raz?

Miał Smuda niesamowite szczęście – bo przecież nie tylko losowanie, ale też forma piłkarzy, która u niektórych eksplodowała w sposób niebywały. „Franz” w prezencie od losu dostał Roberta Lewandowskiego, napastnika kompletnego i jeszcze znajdującego się w fantastycznej dyspozycji, takiego jakiego brakowało poprzednim selekcjonerom. Dostał odrestaurowanego Błaszczykowskiego, który rozkwitł po kontuzji Mario Goetze. Dostał Łukasza Piszczka, który wyrósł na czołowego prawego obrońcę Europy. Dostał bramkarzy z wielkich europejskich klubów – Arsenalu Londyn i PSV Eindhoven. To wszystko działo się bez udziału Smudy, ale stanowiło bardzo solidną bazę. Bazę, o jakiej mogliby pomarzyć Grecy czy Czesi. Ł»aden istotny piłkarz nie wypadł selekcjonerowi z powodu kontuzji (mało tego – w kluczowym momencie Czechom wypadł najlepszy zawodnik, czyli znowu uśmiech fortuny w naszym kierunku), żaden nie doznał nagłego załamania formy. Powiecie o Boenischu, ale on przecież leczył się przez półtora roku, wcześniej zagrał raptem dwa mecze w kadrze, więc trudno traktować jego uraz w kategoriach czegoś, co wywraca zespół do góry nogami.

Sprzyjało wszystko. I wszystko zostało koncertowo spieprzone.


6. Krótkie momenty dobrej gry

Reprezentacja w każdym meczu Euro zagrała dobre jakieś 20-25 minut, co czasami pozwalało myśleć pozytywnie o całej połówce spotkania. Jednak nie da się wyjść z grupy, grając dobrze łącznie przez 80 minut w trzech meczach (a przez 190 minut źle). Jakie są tego przyczyny? Niech wytłumaczy to Smuda, niech wytłumaczy to Barry Solan, czyli trener od jakichś śmiesznych sportów, którego awizowano jako specjalistę, który kontrolował przygotowanie fizyczne Turków cztery lata temu – a co, dzięki nam, okazało się bujdą na resorach.

To była dziwna sytuacja. Napisaliśmy (jako jedyni, inni woleli to tuszować, pozdrawiamy zwłaszcza „Przegląd Sportowy”!) i udowodniliśmy, że facet nie jest tym, za kogo go biorą, a mimo to sprawę – jak całe dziesiątki innych spraw – zamieciono pod dywan. W imię dobrej atmosfery, o którą dbał wiecznie głupkowato uśmiechnięty Tomasz Rząsa. Rząsa, dla którego największym zmartwieniem było to, żeby Weszło nie zadało pytania podczas konferencji prasowej. Mamy nadzieję, że koniec Smudy oznacza tez koniec tego śliskiego pozera.

W ogóle dziwny był to sztab. Kim jest Hubert Małowiejski poza tym, że u jego ojca Smuda pisał pracę trenerską? Kim jest trener Broniszewski, poza tym, że jego brat jako prawnik konstruuje Smudzie kontrakty? Czy to są najlepsi w swoim fachu specjaliści w Polsce? Można byłoby od tych współpracowników wyjść i szlakiem organizacyjnym powędrować dalej. Zapytać między innymi o to, dlaczego to gospodarze turnieju dysponowali najgorszą bazą ze wszystkich drużyn, hotelem Hyatt, w którym nie mieli żadnej prywatności, żadnego komfortu spędzania wolnego czasu, gdzie tak naprawdę czuli się jak w więzieniu. Jak można było do tego dopuścić? Turniej to też atmosfera pracy i atmosfera odpoczynku po pracy. Hyatt – wybrany tylko dlatego, że zaspano i konkurencja wybrała lepsze ośrodki – tej atmosfery nie gwarantował, a wręcz ją uniemożliwiał. Jeśli będziecie na wakacjach w Gdańsku podjedźcie do Dworu Oliwskiego, w którym mieszkają Niemcy. To wspaniałe miejsce. Właśnie takie, jakiego drużyna powinna szukać w czasie mistrzostw Europy. A potem porównajcie z hotelem, który wybrał PZPN.


7. Statystyki, które nas pogrążają

Wszystko ma odbicie w liczbach. Oto ogólny, uniwersalny obraz kadry podczas Euro 2012.

Średnio w całym turnieju drużyna Smudy przebiegała 100 kilometrów i 900 metrów w czasie meczu, podczas gdy średnia turnieju to 110 kilometrów (dotychczasowy rekord 118 kilometrów). 10 kilometrów poniżej średniej! Fatalna była druga połowa z Czechami, gdy PZPN-owcy przebiegli zaledwie 30 kilometrów. To kompromitujący wynik, świadczący tylko o jednym – po przerwie drużyna stała. Oto kilka innych liczb…

Liczba podań: 456,67, średnia turnieju 573,33.
Liczba celnych podań: 311,67, średnia turnieju 410,03.
Procentowa celność podań: 68 procent, średnia turnieju 72 procent.
Procentowa celność długich podań: 49 procent, średnia turnieju 56 procent.
Procentowa celność średnich podań: 72 procent, średnia turnieju 74 procent.
Procentowa celność krótkich podań: 65 procent, średnia turnieju 73 procent.
Akcje indywidualne: 37, średnia turnieju 50,36.
Akcje indywidualne w pole karne: 6,33, średnia turnieju 9,18.

Gołym okiem widać, że ta kadra odstawała. Ani nie biegała tyle, ile powinna, ani nie grała piłką tak, jak powinna. Nawet tych rajdów, których niby robiliśmy dużo (Błaszczykowski) tak naprawdę było mniej niż u innych ekip. Ktoś powie – inny mieliśmy styl gry. Efekty tego innego stylu pokazuje tabela grupy. Pomocnicy nie potrafili dokładnie rozgrywać piłki, notowali mnóstwo strat. Np. w meczu z Czechami Eugen Polanski na siedem krótkich podań aż cztery razy (!) podawał do przeciwnika. W ogóle ten zawodnik w tym właśnie spotkaniu zapracował na kompromitującą statystykę – miał zaledwie 56 procent celnych podań, co oznacza, że praktycznie tracił co drugą piłkę. Gorszy (55 procent) jak zawsze był Boenisch. Mnóstwo niedokładności było także w grze Obraniaka, który 23 razy próbował średniej długości podań i aż 10 było niecelnych.


8. Franiu, już masz dwie premie do oddania

Podsumowanie? Podsumowaniem jest tabela. Podsumowaniem jest to, że w grupie śmiechu Smuda nie zaliczył ani jednego zwycięstwa i zakończył rywalizację na ostatnim miejscu. Za chwilę eliminacje, a Piotr Nowak czeka na telefon. Czas powierzyć kadrę osobie inteligentnej, a nie tylko fartownej. Fart raz jest, a za chwilę może go nie być.

Wiele razy apelowaliśmy do Smudy (bezskutecznie), by oddał premię otrzymaną za nieuczciwie osiągnięty wynik w Zagłębiu Lubin, teraz musimy apelować już o zwrot kasy z dwóch źródeł. Załatwiłeś sobie, Franiu, wielkie wynagrodzenie za punkty zdobywane na Euro. Ale te punkty gówno dały. Miej honor, przeznacz premię na jakiś dom dziecka. I tak kasowałeś co miesiąc 150 tysięcy, wziąłeś jeszcze bodajże milion od Biedronki. Wychodzisz z tej klęski jako bardzo bogaty człowiek, dodatkowa kasa zwyczajnie ci się nie należy. Odejdź z honorem, chociaż raz zachowaj się przyzwoicie.

9. Odpowiedzialny nie tylko Smuda

Mimo wszystko, uproszczeniem byłoby obwinienie tylko Smudy, chociaż z pewnością piłkarze kolejno będą kierowali myślenie opinii publicznej właśnie w tym kierunku. Smuda stanowi wygodne alibi. Owszem, trener tej drużynie nie pomagał, wręcz przeszkadzał, ale piłkarze o takiej klasie grając przeciwko takim a nie innym rywalom mogli i powinni spisać się lepiej. Mnóstwo było w historii zespołów, które organizowały się same, mnóstwo było zawodników, którzy wyczuwali słabość przełożonego i brali odpowiedzialność na swoje barki.

Tymczasem kapitan tej drużyny wyszedł po meczu z Czechami i powiedział, że miał problem z biletami na mecz. Kubusiu, jeśli chodzi o kolejne spotkania – ten problem już sam się rozwiązał.

KRZYSZTOF STANOWSKI

PS
Jeśli chcecie podyskutować o Euro to zapraszam dzisiaj do Championsa. Będę miał zaszczyt poprowadzić spotkanie ze Zbigniewem Bońkiem. Początek o godzinie 20.00. Później oglądanie meczów grupy B.

KOMENTARZE (0)

INNE SPORTY