Princewill Okachi. Imprezy, kobiety, plaża – to mnie rozpraszało.
Weszło

Princewill Okachi. Imprezy, kobiety, plaża – to mnie rozpraszało.

Gdy latem minionego roku trafił do Polski, wszyscy pukali się w czoło. Chłopak przyjechał z Malty? Z drugiej ligi maltańskiej?! Dziś okazuje się, że piłkarz, który jeszcze niedawno grał w lidze, o której wielu nie miało pojęcia, że w ogóle istnieje, wyrasta na czołową postać łódzkiego Widzewa. Poznajcie Princewilla Okachiego.
Za każdym razem, gdy w rozmowie pada słowo „Malta”, dwudziestolatek się śmieje. Albo przynajmniej szeroko uśmiecha. W końcu przyznaje, że tam, gdzie był, liczyła się przede wszystkim dobra zabawa. – Pogoda była tak świetna, że zamiast treningu chciało się iść na plażę. Do tego świetne imprezy, piękne kobiety. Wiele było rzeczy, które mnie rozpraszały, ciężko było się zmotywować. A dochodził jeszcze niski poziom rozgrywek. Wiedziałem, że jeśli zostanę tam dłużej, nic dobrego z tego nie wyniknie – mówi.

Od samego początku wyjazd na Maltę kompletnie mu się nie uśmiechał. Najpierw przyjechał na dwa miesiące, pokazał się z dobrej strony, ale szybko wyjechał, chciał znaleźć klub gdzieindziej. Nie znalazł, musiał wrócić. – Nie miałem innego wyjścia – przyznaje. – Trenerem był profesjonalny facet, prawdziwy szkoleniowiec z Bułgarii, który próbował coś z nami zdziałać, ale nie miał ku temu dobrych warunków. Wśród piłkarzy było wielu amatorów, niektórzy przychodzili na treningi prosto po pracy. Jeden pomagał tacie w prowadzeniu biznesu, drugi pracował w firmie komputerowej, a trzeci w fabryce…

Profesjonalnie kopią tam piłkę chyba tylko cudzoziemcy, głównie Brazylijczycy i Nigeryjczycy. Kilku z nich zadomowiło się tam na tyle, że występują w reprezentacji Malty. – Mama zawsze marzyła, zresztą ja również, bym grał dla Nigerii. Ale jeśli miałbym już zdecydować się na inny narodowy zespół, z pewnością nie byłaby to Malta – ucina.

Okachi pochodzi z Lagos, największego miasta w Nigerii, byłej stolicy. – Ludzie są przekonani, że to niebezpieczne miejsce, ale to nieprawda. Mieszka tam wielu obcokrajowców, Amerykanów czy Europejczyków, i nikt nie narzeka. Wiele jest ładnych, bezpiecznych, naprawdę spokojnych miejsc, choć są też te mniej przyjazne. To tak, jak Barcelona. Miasto piękne, ludzie bogaci, ale zdarzają się i biedni, którzy tylko czekają na to, żeby cię okraść. W Lagos zobaczysz też ludzi umierających z głodu, tych, którzy po prostu żyją na ulicy – taki widok nikogo nie dziwi. Moja rodzina mieszkała jednak w spokojnej dzielnicy, nie było żadnych ekscesów, nikt w domu nie chodził głodny – wspomina.

Lagos to nigeryjska stolica biznesu, większy świat. Dla młodych Nigeryjczyków to miejsce upragnione, chcą tam trafić za wszelką cenę. – Dla tych, którzy pochodzą z mniejszych miejscowości, to spełnienie marzeń. Poziom życia jest tam naprawdę wysoki. Jeśli porównamy to z innymi wioskami, mamy przepaść. Mamy rząd, w którym panuje powszechna korupcja, politycy zamiast pomagać społeczeństwu myślą tylko o sobie, o własnych korzyściach. Gdyby nie ci ludzie, Nigeria wyglądałaby dziś zupełnie inaczej – zauważa.

Princewill jako jedyny w rodzinie do dziś gra w piłkę. Bracia, a ma ich pięciu, też kopali futbolówkę, ale szybko zrezygnowali. Poszli do pracy. Oczy całej rodziny dziś skierowane są więc w stronę 20-latka. Dopingują go rodzice, bracia i adoptowana siostra. – Kiedyś pojechaliśmy z mamą do babci, mieszkała w niewielkiej wiosce. Spotkaliśmy tam małą dziewczynkę, miała chyba z siedem lat, nie chodziła do szkoły, żyła w bardzo trudnych warunkach. Nie miała perspektyw. Niedługo potem zamieszkała z nami, dziś studiuje na uniwersytecie – mówi.

W wieku 17 lat wyjechał do Europy, do Danii. To był jego pierwszy zagraniczny transfer. FC Midtyjland współpracuje z piłkarską szkółką FC Ebedei, często sięga po jej zawodników. Okachiego wypatrzyli, gdy miał 15 lat, ale na wyjazd musiał poczekać jeszcze kilka miesięcy. W nigeryjskiej szkółce miał bardzo dobre warunki do treningów. – Wiele jest miejsc, które kompletnie nie nadają się do gry, ale i tak rozgrywane są na nich mecze. My z tym w akademii problemów akurat nie mieliśmy – opowiada.

W Ebedei Princewill debiutował właśnie w wieku 15 lat, niedługo później został kapitanem. Zespół grał akurat w drugiej lidze. – Często było tak, że to, kto wygra mecz, wcale nie rozstrzygało się na boisku. To, co wyrabiali sędziowie, było bardzo kiepskim żartem. Dyktowali karne z kapelusza, nie uznawali najzwyklejszych i najbardziej oczywistych goli. Zwyciężali ci, którzy byli bogaci. O punkty trzeba było się więc wykłócać, walczyć o nie. Właściciel naszego klubu, z zawodu prawnik, często protestował, jeździł do krajowej federacji i żądał sprawiedliwości. Bo to, że często ktoś był świadomie oszukiwany, wszyscy widzieli – nie ma wątpliwości.

W Midtjylland był w zespole juniorów, czasem trenowałem z seniorami. Zbyt długo w klubie jednak miejsca nie zagrzał. Były akurat problemy z pieniędzmi, zaoszczędzono na młodych zawodnikach. Inna sprawa, że kiedyś podpadł asystentowi trenera. – Na zgrupowaniu we Włoszech podszedł do mnie i powiedział, że mam wystąpić na lewej obronie. Gdzie?! No, na lewej obronie. Przecież mamy kilku piłkarzy na tę pozycję, a ja do nich na pewno nie należę. Masz zagrać. Nie zagram. Zagrasz. Nie. Tak! Podeszli koledzy, powiedzieli, żebym wyluzował… Zagrałem całkiem nieźle.
Innym razem, podczas turnieju w Niemczech, jego drużyna szykowała się do meczu półfinałowego. Zawodnicy spotkali się w autobusie, już mieli ruszać, ale trener zorientował się, że nie ma kurtki. Podszedł do Okachiego i poprosił, żeby skoczył po nią do hotelu. Ten szybko wysiadł, ruszył do hotelu, wziął kurtkę, wrócił… ale autobusu już nie było. – Dzwonię zdenerwowany do trenera i pytam, co się dzieje. A on na to: cholera, zapomnieliśmy o tobie, już wracamy. Potem mi tłumaczył, że myślał, że jestem w środku – relacjonuje.

W Widzewie nikt takich numerów mu nie wycina. Koledzy śmieją się jedynie z jego fryzury, nazywając go Princewillem Balotellim (jedyne podobieństwo to fryzura), i jego telefonu komórkowego. Podobno ma co najmniej dwadzieścia lat. – Jest tak wielka, że mógłby nią kogoś zabić – śmieje się jeden z piłkarzy. W szatni trafił na duże grono obcokrajowców, z nimi spędza najwięcej czasu. – Polacy potrafią mówić po angielsku, ale się wstydzą. Nie są też tak komunikatywni i otwarci, jak inni, bardziej zamykają się w sobie. To trochę utrudniało mi aklimatyzację – mówi.

– Jesienią ciężko współpracowało mi się z kolegami, słabo ich znałem, nie rozumieliśmy się jeszcze na boisku. Wcześniej Widzew sporo grał długich piłek, dużo było walki w powietrzu, a ja do tego raczej się nie nadaję. Jestem za niski. Nie jestem też już ustawiany w ataku, tylko w drugiej linii. Mogę wrócić się po piłkę, przytrzymać ją przy nodze, spróbować rozegrać. To jest moje miejsce na boisku – zauważa. Dlatego teraz, gdy w Łodzi jest już dłużej, na boisku prezentuje się znacznie lepiej.

Początkowo, gdy usłyszał o możliwości przyjazdu do Polski, był w szoku. Nikomu w jego rodzinie, również jemu, nigdy nie przyszłoby do głowy, że może wylądować w Polsce. – Znajomi się śmieją, że skoro tyle podróżuję, co chwila się przeprowadzam, to tak naprawdę chyba nie jestem piłkarzem – żartuje. Gdy pytamy go o język polski, to mówi, że wkrótce rozpoczyna jego naukę. Ciekawe, biorąc pod uwagę, że podobno Widzew nie skorzystał z prawa pierwokupu wypożyczonego do końca sezonu Nigeryjczyka. Wygląda więc na to, że Okachi teraz znów wcieli się w rolę turysty…

PIOTR TOMASIK