Image and video hosting by TinyPic
Jarosław Bieniuk: Piłkarzy w Polsce się nie szanuje
Weszło

Jarosław Bieniuk: Piłkarzy w Polsce się nie szanuje

– Widzę po przypadkach starszych kolegów, że ci, którzy wcześniej nie lokowali pieniędzy, nie interesowali się inwestowaniem, mają potem problem. Nie każdy może zostać trenerem, menedżerem czy komentatorem sportowym. Liczba miejsc jest ograniczona. Byli piłkarze zaczynają więc nowe życie, bo kasa z polskiej ligi nie starcza im na długo. Takie są brutalne realia. Zawsze namawiam młodszych kolegów na systematyczne oszczędzanie – mówi w wywiadzie dla Weszło Jarosław Bieniuk. Z 32-letnim piłkarzem Widzewa rozmawiamy o inwestowaniu pieniędzy, ustawianiu meczów, popularności, najbardziej szalonym trenerze i nie tylko.
Ostatnio przedłużyłeś kontrakt do czerwca 2014 roku. Czyżbyś w Widzewie miał grać do końca kariery?
Zobaczymy, ale chyba tak. Na razie nawet nie wiem, czy to już mój ostatni kontrakt, czy może pogram do czterdziestki. Jak zdrowie dopisze, to piłki szybko nie rzucę. Musi być też motywacja, bo ona z wiekiem podobno się zmienia. No i odpowiednie perspektywy tak, jak w Widzewie nowy stadion.

Dziś żadnych symptomów, że organizm nie wytrzymuje, chyba nie masz?
Nie, nie mam. Wiadomo, jak skończy się zdrowie, to skończy się zabawa. Na razie jest dobrze.

Przedłużyłeś kontrakt z klubem, mimo dużych problemów finansowych. Z jednej strony, to demotywuje, dekoncentruje i przeszkadza w pracy. Z drugiej – na palcach jednej dłoni można w Polsce policzyć kluby, które płacą regularnie.
Sytuacja w Polsce, w ogóle w Europie jest ciężka i to nie tylko w sporcie. Dziś kluby często mają problemy z płynnością finansową. Trzeba sobie zdać z tego sprawę. Wiem, w jakiej sytuacji znajduje się dziś Widzew i jest ona wystarczająca, aby podpisać nowy kontrakt. Jest w porządku, ale bez wchodzenia w szczegóły.

W klubie wpadli na – powiedzmy delikatnie – nietypowy pomysł, proponując piłkarzom obecnie niewielki procent zarobków, a wypłacenie reszty na koniec sezonu. Większość obcokrajowców odrzuciła propozycję. Ty też?
To indywidualna kwestia. Wielu zawodników dogadało się na temat indywidualnego systemu płatności i ja jestem w tej grupie. Wiem, na czym stoję, mam pewną sytuację.

Jeden z plotkarskich serwisów doniósł niedawno: Anna Przybylska idzie do pracy, bo jej partnerowi nie płacą.
Sam powiedziałeś – plotkarski. To nie jest poważne dziennikarstwo. Nie czytam takich głupot, nie wchodzę na takie portale, a przynajmniej się staram. Wiadomo, czasem coś przypadkiem wyskoczy w komputerze, ale takimi rzeczami na pewno się nie zajmuję. Dla mnie jest to niepoważne.

Ale ludzie chyba trochę się tobą interesują. A to wystąpiłeś w reklamie, a to zagrałeś w serialu, ostatnio reklamowałeś Sphinxa.
Tak się złożyło, że wyskoczyły te propozycje tak nagle, jedna po drugiej. Nie wiem, czy to przypadek, czy może jakiś nowy trend. Piłkarze, ogólnie sportowcy, są bardzo rzadko wykorzystywani na płaszczyznach reklamowych. Może dlatego, że są zahukani, zakompleksieni, wszyscy narzekają na ligę, poziom polskiej piłki, a każdy na futbolu zna się najlepiej i mógłby być trenerem. Zawodnicy nie mają odwagi, by wyjść przed szereg, nie chodzą na imprezy dla celebrytów, a może być i tak, że po prostu nie są zapraszani. Lepiej zaprosić kogoś, kto w życiu nic nie robi, a raz zatańczył z gwiazdami, niż gościa, który od dziecka kopie piłkę i ociera się o reprezentację. Nie mam na myśli siebie, mówię ogólnie. Było wielu lepszych piłkarzy ode mnie, którzy nie wychodzili przed szereg. Moje szczęście polegało na tym, że się zakochałem w pięknej aktorce, mam z nią dzieci i dlatego czasem zrobią mi zdjęcie. Na imprezy dla gwiazd nie chodzę, jedynie jakieś premiery filmowe. Może dlatego jestem odrobinę bardziej rozpoznawalny.

Pójdźmy krok dalej – polscy piłkarze nie mają żadnej wartości reklamowej, nie mają medialnego wizerunku.
Ktoś, kto przed kamerami zatańczy taniec towarzyski w popularnym programie, jest bardziej szanowany od zawodnika, który wykonuje bardzo ciężki zawód. Prosty przykład. Tańca nauczyłbym się w rok, góra dwa. Piłkę trenuję od dziecka, w całości się jej poświęciłem i to jedyna droga, aby się przebić. Może dlatego zawód piłkarza jest tak dobrze opłacany. Inna sprawa, że każdy może stać się celebrytą. Pójdzie na kilka imprez, powie coś kontrowersyjnego, zrobią mu kilka zdjęć i uważany jest za gwiazdę. Pierwsza kwestia, jeśli przypomina mi się Turcja, w której grałem, jest taka, że piłkarzy w Polsce nikt nie szanuje. Ani w klubach, ani wśród kibiców, ani wśród mediów. Nigdzie.

Z tymi kibicami w Turcji to chyba bywa różnie.
W Turcji nie ma kogoś takiego, jak piłkarz. Jeśli już, to Pan Piłkarz. Jak grasz w pierwszej lidze, to kibice czy zwykli ludzie na ulicy kłaniają ci się w pół. Mówię to bez cienia przesady. Tak jest w Turcji, bo oni są chorzy na punkcie futbolu, i pewnie też w innych krajach, gdzie piłka jest zdecydowanym sportem numer 1. U nas zainteresowanie piłką deklaruje 50 procent ludzi. To bardzo mało. W Turcji byłoby to około 90 procent.

To, jak popularny jest to w Polsce sport, pokazuje frekwencja na stadionach.
Dlatego przestańmy się oszukiwać, że piłka jest u nas popularna. Bo nie jest. Na tle innych krajów Europy na pewno nie jesteśmy w czubie, co najwyżej w środku. Przekłada się to na wyniki naszych klubów i reprezentacji.

Wracając do twojej popularności, bo choć trochę na wyrost, to chyba takiego słowa możemy użyć. Jak się odnajdujesz na salonach?
Na salonach to ja nie bywam. Przez dziesięć lat byłem może na trzech, czterech takich imprezach.

To pewnie z nikim z tego środowiska się nie zaprzyjaźniłeś?
W środowisku filmowym mamy z Anią niewielu przyjaciół. Wyjątkiem jest Kasia Bujakiewicz, też aktorka. Razem zwiedzaliśmy Europę, kiedyś odwiedziła nas w Turcji. Ona też trzyma się trochę na uboczu, rzadko pojawia się na warszawskich salonach.

Zdajesz sobie sprawę, że jesteś jedynym piłkarzem, którego historię związku z obecną partnerką można przeczytać na kilku stronach? Szczegół po szczególe, od A do Z.
Ania jest i bardzo popularna, i bardzo medialna, a piłka kręci pewne grono ludzi. Ł»yjemy na w miarę atrakcyjnym poziomie, a ludzi to interesuje. My już do tego przywykliśmy.

Ł»eby cię już dalej nie męczyć, ostatnia kwestia o popularności. Cytat z jakiegoś portalu: „Anna Przybylska to ma szczęście… Jej partner, Jarosław Bieniuk, to chodzący ideał! Jest przystojny, utalentowany (piłkarz gra obecnie na pozycji środkowego obrońcy w Widzewie Łódź), dobrze zarabia, ma nowego mercedesa… A do tego jest taki rodzinny”. Plus zdjęcie, jak jesteś z dziećmi na zakupach.
Kolejny banał. Bo co takiego nadzwyczajnego zrobiłem? Byłem po prostu na zakupach, tak jak miliony mężczyzn. To pokazuje, jak media poprzez najzwyklejszą w świecie rzecz próbują wypchnąć cię na piedestał. Nie można się przejmować takimi głupotami. Trzeba się z tym oswoić.

Ugo Ukah w wywiadzie dla Weszło śmiał się, że po zakończeniu kariery pewnie zostaniesz aktorem.
Nie, nie ma takiej możliwości. Nie chcę iść w tym kierunku, aż tak mnie to nie kręci. Ja mam swoją pasję, a Ania – swoją. I to jest fajne, bo mamy jasny podział, że oboje robimy to, co kochamy. Ja pomagam Ani, a ona mnie. Dzięki temu możemy spełniać się zawodowo.

Twoja partnerka na mecze chyba jednak nie chodzi.
Przy trójce dzieci jest to właściwie niemożliwe. Była na stadionie kilka razy, ale woli oglądać mecze w telewizji. Tak jest po prostu wygodniej.

Krytykuje cię czasami?
Na piłce to raczej się nie zna, więc się nie wypowiada. Jakiś czas temu powiedziała mi jedynie, że ostatnio częściej jestem w telewizji, że kamera częściej skierowana jest w moją stronę. I to by było na tyle tych uwag (śmiech).

Jaki był najostrzejszy drobiowy żart w szatni?
Drobiowy? Ktoś tam czasem krzyknął „kurczak” albo coś w ten deseń, ale chłopaki zbytnio mnie nie męczyli. Dali spokój. Może dlatego, że wielu mamy w zespole obcokrajowców, to nie wszyscy rozumieli, o co chodzi.

Wróćmy do piłki. Po rundzie jesiennej zajmujecie siódme miejsce. Odliczacie punkty potrzebne do utrzymania czy delikatnie myślicie o pucharach?
Jesień mieliśmy dobrą. Biorąc pod uwagę przedsezonowe założenia, to czwórka z plusem. Gdybyśmy zajęli wyższe lokaty, byłaby to duża niespodzianka. Jeśli bylibyśmy kilka lokat niżej, to chyba nikt nie robiłby tragedii. Najważniejsze jest teraz, aby zapewnić sobie utrzymanie, dopiero potem małymi kroczkami będziemy pięli się w górę.

Jako najstarszy w zespole grałeś z wieloma zawodnikami. Jak to jest z Niką Dzalamidze? Na początku porwał publiczność, potem wylądował w Młodej Ekstraklasie. Dziś w Widzewie już go nie ma, więc możesz go skrytykować.
Krytykował nie będę, bo nie mam za co. Nika to duży, bardzo duży talent. Na treningach ciężko mu zabrać piłkę, jest świetny technicznie. Kilka punktów dla Widzewa też zdobył, choć czasami brakowało mu skuteczności. Podobno miał już wcześniej zaklepany kontrakt w Jagiellonii i być może był myślami gdzieindziej. Szkoda, że nie ma go już z nami.

Wiele osób mówiło, że był bardzo pewny siebie, trochę wywyższał się w szatni.
Bzdura. Nika to bardzo cichy, skromny chłopak, małomówny. Inna sprawa taka, że po polsku ani słowa, po angielsku raczej też, a i z rosyjskim bez rewelacji. W szatni się raczej nie odzywał. Nie było mowy o jakimkolwiek wywyższaniu się.

Jeden z piłkarzy Widzewa uważa, że gdyby klub wykupił teraz Dzalamidze, mogłoby to zostać źle odebrane w szatni. Ł»e niemałe pieniądze, bo ponad milion złotych, na transfer są, a na spłatę zaległości to nie ma.
Być może. Pozyskanie takiego piłkarza, jak Dzalamidze, trzeba traktować jednak jako inwestycję. Dziś był do wzięcia za ponad milion, za dwa lata jego wartość zapewne będzie wyższa.

Bruno Pinheiro sugeruje, że warto wziąć przykład z Zachodu. Ł»e prywatny inwestor daje część lub pełną kwotę na zakup młodego piłkarza, a przy jego późniejszej sprzedaży odzyskuje kasę z nawiązką. Zyskuje i inwestor, i klub.
Słyszałem o kilku takich przypadkach. Skoro obie strony na tym korzystają, to nie widzę żadnych przeciwności. Tym bardziej, że ma zyskać na tym sam klub i drużyna.

Pytam cię o to, bo podobno na inwestowaniu znasz się bardzo dobrze. Masz na to wszystko czas?
W tej chwili sytuacja jest strasznie zagmatwana i każda inwestycja obarczona jest ogromnym ryzykiem. Ciężko znaleźć aktywa, nie mówię tu tylko o akcjach, w które można spokojnie i bezpiecznie zainwestować. Wiadomo, w świecie finansów słowo „niemożliwe” nie istnieje. Trzeba szukać prostych i bezpiecznych rozwiązań, choć tych jest coraz mniej. Dziś staram się po prostu jak najlepiej zabezpieczyć obecne środki, a giełdą zajmuję się mniej. Ale jak raz się zainwestuje, to interesuje się tym do końca życia.

O tym, jak niestabilna może być sytuacja na giełdzie, pokazuje przykład Sphinxa. Notowania spółki regularnie idą w dół, jej wartość spadła kilkunastokrotnie.
Dokładnie. Nie chcę już używać słowa „kryzys”. Spółki są albo przewartościowane, albo niedowartościowane. I niedowartościowanie ma chyba właśnie miejsce w przypadku Sphinxa. Myślę, że pan Cacek wie, co robi, że spółka będzie miała dobre wyniki finansowe, dostrzegą to inwestorzy i kurs pójdzie w górę. Piłkarze i kibice Widzewa powinni trzymać kciuki za Sphinxa. Jeżeli interesy pana Cacka będą szły dobrze, to klub będzie miał więcej środków.

Kluby piłkarskie coraz częściej myślą o wejściu na giełdę, jako pierwszy zadebiutował Ruch.
Nie wiem, czy im się to opłaciło, nie znam sytuacji. Wejście klubu piłkarskiego na giełdę daje jeden duży pozytyw – transparentność. Wszystkie ruchy w klubie muszą być jasne i przejrzyste. To może być atrakcyjne dla sponsorów i inwestorów. Jest to spółka akcyjna, więc nie może być mowy o jakichś nieczystych zagraniach.

Na czym najwięcej zarobiłeś?
Na nieruchomościach. Patrząc z perspektywy czasu, były to najlepsze inwestycje. Interesuję się ogólnie inwestowaniem, różnymi instrumentami finansowymi. Zarobione pieniądze trzeba gdzieś ulokować, spróbować pomnożyć.

Gdybyś rzucił dziś piłkę, to utrzymałbyś obecny poziom życia, zajmując się tylko inwestycjami?
Moim głównym celem było to, aby po zakończeniu kariery piłkarskiej, mieć odpowiednią wolność finansową. Ł»ebym nie robił potem tego, co muszę, a to, co chcę. Do tego dążę. Widzę po przypadkach starszych kolegów, że ci, którzy wcześniej nie lokowali pieniędzy, nie interesowali się inwestowaniem, mają potem problem. Nie każdy może zostać trenerem, menedżerem czy komentatorem sportowym. Liczba miejsc jest ograniczona. Byli piłkarze zaczynają więc nowe życie, bo kasa z polskiej ligi nie starcza im na długo. Takie są brutalne realia.

Naszych piłkarzy ten problem dotyka bardziej, niż kraje zachodnie. Często jest tak, że polski zawodnik regularnie wydaje 80 proc. obecnych zarobków.
Zawsze namawiam młodszych kolegów na systematyczne oszczędzanie. Odkładanie kilku groszy co miesiąc zaprocentuje w przyszłości. Ale nie chodzi o kilkaset złotych miesięcznie, a o kilka tysięcy. W ten sposób budujesz finansową poduszkę. Jak skończysz grę w piłkę, to zderzenie z rzeczywistością nie jest więc aż tak bolesne. Nie mówię jednak chłopakom: zainwestuj w to i tamto. Trzeba samemu się tym zainteresować. Mam cichą satysfakcję, bo dzięki mnie na poważnie wkręcił się w to choćby Marcin Robak.

Powiedziałeś, że po zakończeniu kariery chciałbyś robić, to co cię kręci. Czyli?
Chcę być trenerem, to by mi dało dużą satysfakcję. Ta praca wiąże się jednak z tym, czego w tym zawodzie nie lubię – ciągłe podróżowanie, bycie daleko od domu. Mamy z Anią plan, żeby zamieszkać w Trójmieście, a nie chcę rodzinie fundować kolejnych, ciągłych przeprowadzek. Tylko, że takie przeprowadzki byłyby konieczne, gdybym w trenerce chciałbym coś osiągnąć.

Słyszałem, że swojego trenerskiego idola poznałeś w Turcji. Jozef Jarabinsky.
(śmiech) Najgorszy trener, na jakiego w ogóle można trafić w karierze. To był facet, przez którego z Piotrkiem Dziewickim odeszliśmy z Antalyasporu. Mimo siedmiu porażek z rzędu, prezes upierał się przy tym szkoleniowcu. Pięć z tych spotkań przesiedziałem na trybunach, bo po drugim doszło między nami do ostrej wymiany zdań. Piotrek rozegrał jeszcze dwa mecze, ale też został odsunięty od zespołu. Jarabinsky kłócił się właściwie z całym zespołem, dotychczasowemu kapitanowi zabrał opaskę, posadził go na ławce. Klub przez długi czas zalegał nam z płatnościami, więc wspólnie z Piotrkiem w końcu walnęliśmy pięścią w stół – rozwiązaliśmy umowy. Dwa dni później trener stracił pracę. Mieliśmy satysfakcję, że to dzięki nam. A Jarabinsky był niezrównoważony psychicznie.

Opowiedz jakąś anegdotkę.
Po pierwszym treningu powiedział nam na głos, że tak słabej drużyny to on jeszcze nie widział. Nie ma to, jak dobry początek pracy z zespołem… Gość był po sześćdziesiątce, przez długi czas nigdzie nie pracował, został wygrzebany nie wiadomo skąd. Do Turcji przyjechał sfrustrowany. Nigdy nie miałem takiego trenera.

O co się pokłóciliście?
Zacznijmy od tego, że Jarabinsky to człowiek, który na wszystko patrzy w negatywnym świetle. Na każde złe zagranie zawodników reagował dużą agresją. Ja byłem drugim czy trzecim piłkarzem, który został przez niego zwyzywany, wulgarnie potraktowany. Wkurzyłem się i powiedziałem, że widocznie jestem słabym zawodnikiem, bo inaczej nie potrafię. A jak mu się nie podoba, to niech na to nie patrzy. Od tamtej pory nigdy u niego nie zagrałem. Zrobiłem to z pełną świadomością, bo w takich warunkach żaden z nas nie czerpał satysfakcji z gry.

Co chwila jeździliście też na obozy.
Tak, bo w Antalyi nie dało się latem trenować. Było za gorąco. Jeździliśmy w góry, tam były przyjemniejsze temperatury. W tygodniu dostawaliśmy jeden, dwa dni wolnego, żeby pojechać do domów. A same zgrupowania były naprawdę ciężkie.

Z klubem też miałeś duże problemy. Pierwszy, że nie płacili ci przez dziewięć miesięcy. I drugi, że nie wysłali twojego certyfikatu, niszcząc transfer do Omonii Nikozja.
Nie dość, że nie płacili, to potem poszli ze mną na udry. Omonia poprosiła o mój certyfikat, a Turcy odpisali, że wciąż jestem ich zawodnikiem, że nie mam prawa trenować z nimi. To była bzdura, bo przecież kontrakt rozwiązaliśmy już wcześniej. Cypryjczycy zwrócili się ze sprawą do FIFA, miało to potrwać kilka dni, a trwało tygodniami. Po miesiącu prezes Omonii stracił cierpliwość – ja, mój menedżer i dyrektor sportowy klubu zostaliśmy wezwani na dywanik. Dostaliśmy siedem dni na sfinalizowanie sprawy. Nie daliśmy rady i trafiłem do Widzewa. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Jak długo walczyłeś z Turkami o zaległe pieniądze?
Sprawa została zakończona na początku grudnia. Minęły ponad trzy lata. Te pieniądze były oprocentowane, więc niczego nie straciłem.

Dziś wygląda na to, że Widzew został zrobiony w konia. Bo Konyaspor wciąż nie zapłacił całej kwoty za transfer Robaka.
Z tego, co wiem, to sprawa jest trudniejsza, niż mogłoby się wydawać. Mam informacje, że Konyaspor boryka się z wielkimi problemami, poważny sponsor się wycofał. Klub przegrał sprawę w FIFA z jednym z piłkarzy z Bałkanów i choć Turcy byli ponaglani, nic sobie z tego nie robili. Mają dostać zakaz transferowy na półtora roku. Mają nieuregulowane jeszcze inne kwestie, więc niewykluczone, że odejmą im punkty. Sytuacja w Turcji w ogóle jest bardzo ciężka. Był skandal i afera korupcyjna, wycofało się wielu sponsorów, zamknięto w więzieniu kilku trenerów i prezesów, siedzą też dwaj znani bardzo znani piłkarze. Cieszę się, że odzyskałem swoje pieniądze, że turecki rozdział jest już zamknięty.

Wspomnienia stamtąd masz dobre?
Tak, bo grałem tam naprawdę nieźle. W pierwszym sezonie spadliśmy, ale jeśli chodzi o stracone gole, to byliśmy trzecią drużyną ligi. Problemem było to, że nie strzelaliśmy bramek. W trzech ostatnich meczach nie wystąpiłem, miałem złamane żebro i akurat te mecze zadecydowały o naszym spadku. To było dla mnie bardzo bolesne. Myślę, że gdybym grał z Piotrkiem na stoperze, bo znaliśmy się jak łyse konie, to tego spadku może byśmy uniknęli, choć… W tych ostatnich spotkaniach działy się naprawdę dziwne rzeczy, przegrywaliśmy w dziwnych okolicznościach.

To znaczy?
Po latach dowiedziałem się, co tam się działo. Ł»e te mecze nie były czyste. Niestety, realia tureckie były takie, a nie inne. Może teraz po tej całej aferze wszystko się zmieni.

Grałeś przeciwko naprawdę niezłym rywalom.
Jak byłem w Antalyi, to Turcja zajęła trzecie miejsce na mistrzostwach Europy. Zdecydowana większość zawodników była z tamtejszej ligi, a ja przeciwko im wszystkim grałem. To samo z Keżmanem, Aleksem, jakimiś Brazylijczykami. Do tego Galatasaray, Besiktas, Fenerbahce. To był naprawdę fajny czas. Dobrze było pograć dwa lata na naprawdę wysokim poziomie.

Andrzej Iwan, ekspert Weszło, mówi: „Bieniuk to z wyglądu dużo grzeczniejsza wersja, trochę taki cherubinek”.
Ale na boisku nie odpuszcza, tak? Czytałem tę wypowiedź. Moja aparycja mówi, że jestem grzecznym chłopcem. Na murawie walczę jednak na całego, nigdy nie odpuszczam. W młodzieżowej drużynie Lechii nauczyłem się takiej gry. Mieliśmy ekipę z Dawidowskim, Banaczkiem czy Królem, a na treningach trzeszczały kości. Brutalem i chamem nie jestem, ale wiem, czym jest twarda gra.

Rozmawiał PIOTR TOMASIK

KOMENTARZE

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY