Image and video hosting by TinyPic
Ile warte Klubowe Mistrzostwo Świata? Wcale nie tak mało, jak nam się w Polsce wydaje…
Weszło

Ile warte Klubowe Mistrzostwo Świata? Wcale nie tak mało, jak nam się w Polsce wydaje…

Na Weszło w pierwszej wersji tekstu o meczu Barcelona – Santos przeczytałem, że dla Katalończyków zdobyte dziś trofeum oznacza mniej niż Puchar Gampera. Zdanie to wydało mi się wyjątkowo nieuprawnione, wręcz durne, chociaż rozumiem, że stanowiło typową dla portalu hiperbolę i przede wszystkim rozumiem, że z polskiej perspektywy mecz oglądało się zupełnie inaczej. Ja obejrzałem go w brazylijskiej, a w zasadzie to oglądam cały czas, ponieważ studio ciągle trwa. I wydaje mi się, że nasze spojrzenie na coś, co kiedyś nazywało się Pucharem Interkontynentalnym, a teraz stanowi Klubowe Mistrzostwo Świata, jest całkiem skrzywione.
I wynika z ignorancji, jak sądzę. Wynika z zakopania się na naszym, małym poletku, bez wyściubiania nosa.

Program, który właśnie oglądam trwa i trwa i zdaje się wcale nie zmierzać ku końcowi. Był już wywiad z Neymarem, Puyolem, znowu z Neymarem, jakimś gościem z Santosu (chyba bramkarzem), potem z Danim Alvesem, Elano. Łączono się z domem Alvesa, gdzie sympatyczna, liczna rodzina tańczyła w rytm najnowszego, wielkiego latynoskiego hitu „Ai Se Eu Te Pego” (bracia śpiewali, matka wywijała biodrami i rękoma, wykonując ruchy zachęcające do… no, wiadomo). Teraz trwa wizyta domowa u jeszcze innego zawodnika – już smutniejsza, bo to fani Santosu. Korespondenci donosili, co dzieje się w Tokio czy Barcelonie. Relacja z Las Ramblas pokazywała ludzi przystrojonych we flagi „Barcy”.

Nie, to nie wyglądało jak program po nieistotnym pucharku, o randze zbliżonej do Pucharu Gampera. Zobaczyłem wszystkie bramki, które Barcelona musiała strzelić, by zmierzyć się z Santosem i wszystkie gole Santosu wbite, by zagrał z Barceloną. Przedstawiono mi historię rozgrywek – tę dawną i tę najnowszą. Wiem, ile razy triumfował Milan, ile razy Ajax, a ile razy Real. Wiem, że „Barca” zwyciężyła po raz drugi w historii, podczas gdy Pucharów Gampera nikomu nie chce się liczyć. Medale wręczali Blatter i Platini, a nie szef osiedlowego sklepu spożywczego.

No i sami zwycięzcy… Piłkarze Barcelony, biegający przez 30 minut po murawie, tańczący, śpiewający, ustawiający puchar w środku, by potem skakać wokół niego, robiący sobie pamiątkowe zdjęcia – nie, oni też nie wyglądali na ludzi, którzy przed momentem zaliczyli mecz, który w sumie zupełnie ich nie interesował. Radość zdawała się nieudawana i… niewiele mniejsza niż po pokonaniu Manchesteru United w finale Ligi Mistrzów. Temperatura w Tokio nie dopisywała, Messi chuchał w zmarznięte dłonie, ale nikt nie uciekał do szatni. Po sparingu zakłada się kurtkę i jedzie do domu.

Wygodnie jest usiąść w Polsce i powiedzieć: – Gówno warty mecz. Sam ostatnio tak postrzegałem Klubowe Mistrzostwa Świata, dopiero tu zmieniła mi się optyka.

Śmiało można podzielić piłkarski świat na dwa główne ośrodki – Europę i Amerykę Południową, przy czym to głównie nam wydaje się, że ranga wszystkiego, co dzieje się w Europie jest bezsprzecznie większa. Jednocześnie – dzięki migracji piłkarzy – oba ośrodki wzajemnie się przenikają. Messi jest Argentyńczykiem, ale kocha go Europa, Ronaldinho dopiero co czarował w Europie, a teraz kocha go Rio de Janeiro. Dla nas – Polaków – to świat daleki, nieznany, więc go deprecjonujemy. Nam się może zdawać, że Flamengo to klub mniej poważny niż Bayern Monachium, a Santos mógłby stanowić za przybudówkę do Interu Mediolan, ale Latynosi mogą mieć na ten temat zdanie dokładnie odwrotne. Zdaje mi się, że dla Messiego pokonanie argentyńskiego Estudiantes La Plata – czterokrotnego zdobywcy Copa Libertadores – może mieć rangę znacznie większą niż wbicie osiemnastu goli Szachtarowi Donieck albo Lyonowi. Dla Daniego Alvesa albo Adriano mecz z Santosem – klubem Pelego – może być naprawdę istotnym wydarzeniem, a pojedynki z nowym idolem Brazylii, Naymarem, mogą mu zdawać się bardziej ekscytujące niż walka z Mario Gomezem. Futbol nie kończy się w Europie, nawet się w niej nie musi zaczynać.

Ogromna część piłkarskiego świata to Latynosi. Wielu genialnych piłkarzy – Latynosi. Dla nich rozgrywki, w których nowy świat może się zmierzyć ze starym, są naprawdę istotne i wywołują dreszcz emocji. W Ameryce Południowej mieszka około 400 milionów ludzi, dla zdecydowanej większości futbol jest sportem numer jeden. W Europie – około 700 milionów ludzi, chociaż proporcjonalnie zainteresowaniem piłką nożną zdaje się mniejsze. Mecz, w którym dochodzi do walki tych dwóch najważniejszych dla futbolu kontynentów nie jest i nie może być byle jaki. Grający w klubach europejskich Brazylijczycy i Argentyńczycy – a to przecież nacje w futbolu szczególne – chcą się pokazać. Dla nich Santos nie jest tym samym, co dla nas. My znamy nazwę, kilka historyjek, a oni grali przeciwko temu zespołowi w lidze czy w pucharach, znają stadion, szatnie, kibiców. Raz wygrywali, raz przegrywali. Kto wie – może ich marzeniem życia było zagrać w Santosie, Boca Juniors albo Vasco? Mają tam kolegów z reprezentacji. Myślę, że ich szanują i że doceniają ich sportową klasę. Sądzę, że meczu, gdy w zespole przeciwnym grają zawodnicy kadry Brazylii, nie traktują jako najłatwiejszy w życiu.

Kadrowicze, Neymar… Trochę mi chłopaka szkoda. Już teraz, dziś, najlepiej w każdym meczu wymaga się od niego, by okazał wyższość nad Messim, co aktualnie wykracza poza możliwości nie tylko samego Neymara, ale w ogóle wszystkich piłkarzy na świecie. Męczono mnie widokiem pióropusza tego nastolatka przed meczem, w trakcie i jeszcze wielokrotnie po nim. Widziałem jego genialne bramki (np. tę, którą strzelił w meczu z Flamengo), ale ilekroć oglądam cały mecz z jego udziałem – mam pecha. Tak to traktuję – mam pecha. Nie, że Neymar jest jednak słaby, tylko że mnie brakuje szczęścia by trafi na jego popis. Rozsądek nie pozwala mi stwierdzić, że ten chłopak nie ma nic poza ekstrawagancką fryzurą, ponieważ myślę, że Brazylia zbyt wielu genialnych piłkarzy wydała na świat, by nagle oszaleć na punkcie jakiegoś średnio utalentowanego chłopca. On naprawdę musi być świetny i to świetny na miarę globu, tylko my – Europejczycy – jeszcze tego nie mieliśmy okazji zaobserwować. Skala jego popularności musi chociaż trochę współgrać ze skalą jego talentu. Nie wiem, czy będzie Messim, może skończy tylko jak Robinho, a może jak Sergio Aguero. Ale jeszcze będziemy zachwycać się jego golami.

Oczywiście, Brazylijczycy zdają sobie sprawę, że ten ich nowy idol nie jest jeszcze piłkarzem kompletnym, a jedynie chłopakiem ze złotym potencjałem, lecz zgaduję, że w ocenianiu potencjału muszą być dobrzy. Kupiłem gazetę „Placar”, w niej oczywiście – jak wszędzie – porównanie Neymara z Messim. Na razie Brazylijczyk wygrywa tylko w trzech kategoriach, przy czym jedna nie dotyczy sportu, lecz marketingu. Gdybym sugerował się tylko występami piłkarza Santosu, które widziałem w całości – uznałbym przyznane mu oceny za szczególnie życzliwe. Ale sugerowanie się właśnie tymi nielicznymi spotkaniami i wyciąganie na ich podstawie wniosków byłoby ignorancją.

Image and video hosting by TinyPic

Program w telewizji trwa. Minęła godzina, druga, a końca nie widać. Poszczególne akcje Barcelony rozkładane są najpierw na krótsze fragmenty, potem na pojedyncze wymiany podań, wreszcie na jednostkowe kontakty z piłką. Wypowiadają się eksperci, trener Santosu zdaje się być zdruzgotany. Odkąd miano najlepszej klubowej drużyny na świecie przyznaje się na podstawie jednego meczu (czyli od roku 1980), nikt nigdy nie wygrał w takich rozmiarach, jak Barcelona z Santosem – rekodem było 3:0, chociaż i taki rezultat padł ledwie trzy razy. A jeśli weźmiemy pod uwagę także te czasy, kiedy zwycięzcę wyłaniano innym system i rozgrywano dwa, albo nawet trzy spotkania – to też trudno znaleźć dla Barcelony konkurencję. W 1960 roku Real Madryt pokonał Penarol Montevideo 5:1 (pierwszy mecz zremisował 0:0), a rok później ten sam Penarol w rozmiarach rozbił 5:0 Benfikę (pozostałe mecze – 0:1 i 2:1).

Jeśli więc widzieliśmy dziś Barcelonę demolującą zdobywcę Copa Libertadores, to nie dlatego, że najlepszy zespół Ameryki Południowej do niczego się nie nadaje, a Klubowe Mistrzostwo Świata znaczy tyle, co Puchar Gampera.

Po prostu mamy szczęście żyć w czasach drużyny, która wyrosła ponad poziomy i która w sposób nadzwyczajny pisze historię futbolu. Bagatelizowanie jej osiągnięć zostawiam idiotom.

KRZYSZTOF STANOWSKI

KOMENTARZE

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY