Dar od losu Mikołaja Lebedyńskiego. Zasłużony?
Weszło

Dar od losu Mikołaja Lebedyńskiego. Zasłużony?

To był jeden z najdziwniejszych transferów letniego okna transferowego w Polsce, choć mówiło się o nim niewiele. Mikołaj Lebedyński, znany głównie miłośnikom Football Managera, ewentualnie kibicom z Zachodniopomorskiego, zamienił pierwszą ligę na Eredivisie. Podpisał kontrakt z Rodą Kerkrade, zniknął na kilka miesięcy z radarów dziennikarzy, aż w końcu, podczas ostatniego weekendu, niepostrzeżenie zadebiutował w holenderskiej ekstraklasie.
Teoretycznie pierwszy mecz w nowych barwach wielkiej chluby mu nie przynosi. Raz, że jego zespół dostał u siebie baty (to już tradycja) od Ajaxu, a dwa, że Mikołaj wszedł na boisko dopiero w 86. minucie, kiedy nikt już nie łudził się, że straty zostaną odrobione. – Spodziewałem się, że swoje będę musiał odczekać, bo jednak zaliczyłem spory skok, ale i tak jestem mile zaskoczony. Liczyłem się z tym, że to czekanie potrwa jeszcze z miesiąc lub nawet kilka miesięcy – opowiada Lebedyński, który na debiut wyczekiwał 2,5 miesiąca. Dokładnie – od 17 sierpnia, kiedy podpisał kontrakt z Rodą.

– Okres, który tu spędziłem, dobrze na mnie wpłynął – podkreśla wychowanek Arkonii Szczecin, a zapytany, czy nie przeżył szoku podczas pierwszych treningów w nowych warunkach, tłumaczy, że… nie dostrzega wielkiej różnicy w samych umiejętnościach polskich i holenderskich piłkarzy. – Tyle że tutaj szybciej się gra i chłopacy są bardziej wybiegani. Już na pierwszym treningu rzuciło mi się w oczy, że trzeba ruszyć za każdym podaniem. Niby proste rzeczy, ale decydują o wielu względach na boisku. Jak skończyłem testy w Rodzie, musiałem wrócić do Pogoni i po kilku treningach w Szczecinie, jak wyszedłem na boisko w Holandii, to przez pierwsze tygodnie nie mogłem się odkręcić. Po zajęciach z ciężarami na siłowni podczas wewnętrznych gierek było strasznie ciężko. Jak miałem się przepychać, to już mi się nogi telepały. A to nie był obóz przygotowawczy, tylko normalne treningi w trakcie sezonu – zaznacza Lebedyński.

Na tę pasywność w grze młodego Polaka zwraca też uwagę trener Rody, Harm van Heldhoven. – Mikołaj za często stał na boisku, brakowało mu ruchu. Od początku było widać, że będzie musiał nad tym pracować. Dlatego dałem mu czas, żeby spokojnie skupił się na treningu i poprawianiu przede wszystkim tego elementu. Tego urywania się w kluczowych momentach. To dla mnie główne pytanie – czy nauczy się odpowiedniego poruszania przy obrońcach. Po dwóch miesiącach widać jednak w jego grze postęp. To ambitny chłopak. Ogólnie u Polaków, z którymi pracuję, podoba mi się mentalność. Chyba muszę się kiedyś do was wybrać – żartuje Holender.
– W poszukiwaniu pracy czy nowych zawodników?
– Nigdy nie wiadomo – odpowiada ze śmiechem Van Heldhoven.- Pomijając sam futbol, Mikołaj wziął się też na poważnie za naukę języka niderlandzkiego. Chce się jak najszybciej dostosować do nowego otoczenia.

Przed podpisaniem umowy z Rodą Lebedyński miał dwa tygodnie na przekonanie nowego pracodawcy do swojej osoby. – Pojechałem na testy z myślą, że to moja życiowa szansa, ale nie chciałem, żeby zjadł mnie stres. Po ich zakończeniu dyrektor sportowy przekazał mi, że zostaję w klubie. Przeczuwałem, że może być dobrze.

Sam transfer był jednak o tyle zaskakujący, że Lebedyński delikatnie mówiąc, skutecznością nigdy nie błyszczał. Liczby z kilku ostatnich sezonów zdecydowanie go nie bronią, a podobnym bilansem zwykle „popisywał się” Maciej Bykowski. Rzućmy zresztą okiem:

2008/09 – II liga – 13 meczów – 7 goli
2009/10 – I liga – 22 mecze – 2 gole
2010/11 – I liga – 9 meczów – 3 gole

– Cały czas mówiło się, że to wielki talent, bo faktycznie utalentowany był, ale jeśli chodzi o statystyki, to nie mógł się niczym wielkim poszczycić. Transfer do Holandii zawdzięcza operatywności menedżera, bo między Bogiem a prawdą, Mikołaj dopiero w pierwszej lidze raczkował – ocenia Piotr Mandrysz, który prowadził go w Pogoni. – Kiedy robiliśmy awans, grał na tyle dobrze, że zainteresowanie rosło. Michał Probierz chciał go ściągnąć do Jagiellonii, ale Pogoń nie zamierzała sprzedawać go do innego polskiego klubu. Pojawili się też menedżerowie… Mikołaj miał potencjał, żeby w tej pierwszej lidze zaistnieć, ale… niestety piłkarze czasami ulegają naciskom osób, które się nimi opiekują. Powiem tak – mam dziwne wrażenie, że po podpisaniu umowy z agentem trochę się zmienił. Zaczęły dominować u niego inne wartości – dodaje Mandrysz.
– Sodówka? – dociekamy.
– Nie, absolutnie nie o to chodzi. Proszę mnie dobrze zrozumieć – to naprawdę sympatyczny chłopak i trzymam za niego kciuki. Ale coś panu powiem – jak trafił do Pogoni, był juniorem, który cieszył się, że gra w pierwszej drużynie i może się rozwijać, niekoniecznie zarabiając. Potem proporcje się zmieniły. Zaczął zarabiać, a mniej grać. Nie widziałem tej dynamiki rozwoju. Tak, jakby zachłysnął się tą pierwszą świetną rundą, bo jako młodzieżowiec wykorzystał swoje pięć minut i stał się w miarę rozpoznawalny.

Image and video hosting by TinyPic

Mandrysz z Lebedyńskim

– Dlaczego nie strzelałem? Ciężko powiedzieć… Miałem to szczęście, że skauci Rody oglądali mnie w meczu z Zagłębiem Sosnowiec, kiedy zdobyłem dwie bramki – wspomina Lebedyński. – Na młodych piłkarzy nie można wywierać za dużej presji. Czasami na odpowiednią formę trzeba poczekać kilka miesięcy, czasami rok, czasami dwa lata. Mikołaj pierwszy krok w kierunku rozwoju zrobił. Teraz trzeba poczekać na krok drugi… Powiedziałem mojemu sztabowi – dajmy temu chłopaki szansę, zobaczymy, jak sobie poradzi. Jest na takim poziomie, że jeśli będzie się przykładał, to ryzyko, że mu się nie powiedzie, jest niewielkie – mówi van Heldhoven, któremu Lebedyńskiego polecił Mirosław Waligóra.

Sam 20-latek nie stawia sobie żadnych deadline’ów, jeśli chodzi o minuty spędzone na boisku lub ilość goli, ale liczy, że po odejściu czołowego strzelca Rody, Madsa Junkera, któremu po sezonie kończy się kontrakt, będzie miał więcej okazji na grę w pierwszym składzie. – Myślę, że nie jestem bez szans. Skoro już tu trafiłem, to chyba będę do czegoś potrzebny. Jeszcze kilka miesięcy temu grałem w pierwszej lidze z Niecieczą, teraz wszedłem co prawda na kilka minut, ale z Ajaxem Amsterdam! Chyba jeszcze sam nie zdaję sobie sprawy z powagi sytuacji… – kończy Lebedyński.

TOMASZ ĆWIÄ„KAŁA

KOMENTARZE (0)