Futbol na krańcu świata – witajcie w Grenlandii
Weszło

Futbol na krańcu świata – witajcie w Grenlandii

W Nuuk mieszka nieco ponad 15 tysięcy ludzi. Większość z nich to Inuici, których często, dość pogardliwie, nazywa się Eskimosami. Ale wbrew stereotypom, niewiele ich różni od kontynentalnych Europejczyków. Mieszkają w zwykłych blokowiskach lub w chatkach z drewna, korzystają z telefonów komórkowych, internetu, robią zakupy w supermarketach, chodzą na piwo do pubu, a ci nieco młodsi mieszkańcy, chętnie słuchają amerykańskiego rapu. Nic nadzwyczajnego. Miasto prężnie się rozwija. Przestępczości właściwie nie ma, podobno jedyny problem, to nadużywanie alkoholu przez mężczyzn.
Jedną z ulubionych rozrywek mieszkańców Grenlandii jest piłka nożna. Może to trochę dziwić, zwłaszcza z uwagi na fakt, że 85 procent powierzchni tego kraju pokrywa lód. Warunki do gry nie są wymarzone, ale liczy się pasja. W samym Nuuk działa pięć klubów piłkarskich, ale do grenlandzkiej czołówki zaliczają się tylko dwa: Nuuk Idraetslag i aktualny wicemistrz kraju – B-67. I to właśnie ekipa B-67, przed dwoma miesiącami, po dramatycznym finale, nie zdołała obronić tytułu sprzed roku, przegrywając w rzutach karnych z G-44 Qeqertarsuaq. Wynik ten należy traktować w kategoriach sensacji. Dla piłkarzy G-44 było to dopiero drugie mistrzostwo w historii, więc kibice zgotowali im wyjątkową gorącą fetę na powitanie. Nie zabrakło, wzorem najlepszych klubów, uroczystego przejazdu ulicami miasta. Z tą różnicą, że piłkarze nie jechali otwartym autobusem, lecz wozem strażackim.

Grenlandzkie rozgrywki mają zresztą bardzo specyficzną formułę. Składają się z trzech etapów. Pierwszy i drugi, to mecze na poziomie regionalnym. Z nich wyłania się osiem najlepszych drużyn, które biorą póżniej udział w turnieju finałowym. A tam zasady są już przejrzyste. Dwie grupy, po cztery zespoły, i mecze w systemie „każdy z każdym”. Co ciekawe, turniej finałowy trwa tylko sześć dni, co oznacza, że najlepsze drużyny rozgrywają w tym czasie aż pięć meczów. Sporo. Zwłaszcza w odniesieniu do naszych piłkarzy, którzy zwykli narzekać, kiedy przychodzi im rozegrać dwa spotkania w ciągu trzech dni.

Grenlandczykom jest ciężko, nogi pewnie odmawiają posłuszeństwa, ale nie narzekają. Turnieje finałowe ogląda po kilkaset osób, czasami wystąpi jeszcze jakiś zespół muzyczny, więc ogólnie czuć w tym arktycznym powietrzu, atmosferę piłkarskiego święta. Emocji nie brakuje. Przynajmniej nie brakowało dwa lata temu, kiedy mecz finałowy musiał zostać przerwany na kilka minut, bo niespodziewanie, do wody osunęła się góra lodowa, oddalona o kilkaset metrów od stadionu. Kibice nie wyglądali jednak na specjalnie przejętych:

Grenlandczycy mogą grać w piłkę tylko od maja do września. Na tyle bowiem pozwala im pogoda. Przez pozostałe siedem miesięcy temperatura nie przekracza tam zera, dominuje siarczysty mróz i obficie pada śnieg. W grudniu dzień trwa raptem cztery godziny. Słońce wschodzi o 10.00, a już po 14.00 zapada zmrok. Ale to nie jedyny problem grenlandzkiej piłki. Ba, nie jedyny i nawet nie największy. Prawdziwą zmorą są przede wszystkim fatalne boiska, którym raczej bliżej do klasycznej „sahary”. Do niedawna nie było tam ani jednej trawiastej płyty. Tylko piach i zmrożona ziemia. W takich warunkach trudno o sukcesy. Za to zdecydowanie łatwiej o kontuzje.

Oto kilka obrazków:

Brak pełnowymiarowego, trawiastego boiska, był głównym argumentem FIFA, przy odrzucaniu wniosków o przyjęcie Grenlandii do struktur światowej federacji. Kibice z arktycznej wyspy, podirytowani tym faktem, utworzyli na Facebooku grupę „A Pitch for Greenland”, do której dołączyło ponad półtora tysiąca osób, z różnych zakątków świata. I w końcu się udało. Rok temu do Nuuk przyleciał sam Sepp Blatter, który po udzieleniu kilku kurtuazyjnych wywiadów, tradycyjnym przebąknięciu o wielkim entuzjazmie miejscowych kibiców i ich niesamowitej pasji do futbolu, uświetnił otwarcie pierwszego boiska ze sztuczną trawą na grenlandzkiej ziemi. Ale co ciekawe, nie w stołecznym Nuuk, lecz kilkaset kilometrów dalej, w miejscowości Qaqortoq. Budowa kosztowała 500 tysięcy dolarów, z czego 400 tysięcy wyłożyła FIFA, a resztę pokryła duńska federacja.

Oczywiście, nikt wówczas nawet się nie zająknął, że boisko nie spełnia niezbędnych wymogów do rozgrywania oficjalnych gier międzypaństwowych. A nie spełnia, bo jest po prostu za małe. Ma raptem 68 metrów długości i 34 metry szerokości.

Duński selekcjoner reprezentacji Grenlandii – Jens Tang Olesen, jest więc na razie skazany na konfrontację z drużynami pokroju Cypru Północnego, Szetlandów czy Minorki. I niestety, nawet tych spotkań z reguły nie jest w stanie wygrać. Podczas ostatniej edycji „Island Games”, Grenlandczycy przegrali wszystkie trzy mecze w grupie: z Rodos 1:2, wspomnianą Minorką 2:3 i na deser, z małą, normandzką wyspą Jersey, również 1:2.

– Nasza federacja nie dysponuje dużym budżetem. Zebranie wszystkich zawodników w jednym miejscu, na zgrupowaniu, wiąże się z dużymi kosztami. Z reguły latamy na Islandię, gdzie mamy lepsze warunki do treningu, ale to też, tylko od czasu do czasu – tłumaczy Olesen, który określa swoją pracę mianem „special job”.

A kto jest najlepszym grenlandzkim piłkarzem? Każdy mieszkaniec wyspy powie, że Jesper Gronkjaer. I faktycznie, były piłkarz londyńskiej Chelsea urodził się w Nuuk, ale mieszkał tam tylko przez kilka lat, bo akurat pracę w tym mieście dostał jego ojciec. Po pięciu latach rodzina Gronkjaerów wróciła jednak do duńskiego miasteczka Thisted, gdzie Jesper poszedł do szkoły, zaczął trenować piłkę nożną i poznał swoją pierwszą dziewczynę. Mimo to, Grenlandczycy traktują go, jak swojego.

Pominąwszy więc Gronkjaera, za najlepszego piłkarza „niedźwiedzi polarnych” należy uznać Niklasa Kreutzmanna, zawodnika duńskiego trzecioligowca Aarhus Fremad, a przy okazji kapitana grenlandzkiej reprezentacji. Co ciekawe, brat Niklasa – Rasmus, jest sekretarzem w kopenhaskim klubie FC Nanoq. „Nanoq”, to po grenlandzku „niedźwiedź polarny” i jest to klub, któremu kibicuje cała wyspiarska diaspora. Wyniki meczów (duńska IV liga) publikuje nawet największy grenlandzki tygodnik (jeden z dwóch na rynku) – Sermitsiaq. A sponsorem klubu jest kopenhaska kawiarnia Cafe Rex, kultowe miejsce spotkań emigrantów z Grenlandii.

– Sporo młodych piłkarzy z Nuuk i okolic przyjeżdża do duńskich klubów na testy, ale większość z nich, po dwóch tygodniach chce wracać do domu. Tęsknią za domem i znajomymi. Różnice kulturowe są jednak zbyt duże. FC Nanoq, to chyba jedyne miejsce, gdzie mogą czuć się jak u siebie i wśród swoich – mówi były piłkarz tego klubu, Jan Nielsen.

Grenlandzki futbol nie zrobi jednak postępu dopóki nie wstąpi do FIFA. Wiedzą o tym wszyscy mieszkańcy wyspy. Początkowo wydawało się, że sprawę załatwi budowa trawiastego boiska, jak to miało miejsce, w przypadku innego państwa, podlegającego duńskiej jurysdykcji, czyli Wysp Owczych. Niestety, zdanie w tej kwestii zdążył zmienić nie kto inny, jak Sepp Blatter. – Od czasów kiedy Wyspy Owcze zostały włączone do FIFA przepisy znacznie się zaostrzyły. Na razie nie widzę możliwości, by Grenlandia wstąpiła do naszych struktur – powiedział kilka miesięcy temu.

Wyspiarze jednak się nie poddają. Obecnie przymierzają się do budowy krytych boisk, gdzie będzie można grać przez cały rok, niezależnie od pogody. Może to nie wystarczy, żeby zyskać aprobatę FIFA, ale przynajmniej liga będzie ciekawsza. Poziom wydaje się być idealny. Egzotyka również. Przynajmniej dla Andrew Konopelsky’ego.

JAKUB POLKOWSKI

KOMENTARZE (0)